Mieliście kiedyś tak, że bardzo zależało Wam na pewnej
osobie, byliście mili i pomocni, a przynajmniej się staraliście a mimo wszystko
i tak Wam się obrywało? Albo, kiedyś staraliście się być mili i pomóc jakoś
bliskiej Wam osobie i pomimo, iż ten ktoś był dla Was nieco nieprzyjemny to nie
chcieliście być równie nie mili i dusiliście w sobie to, co chcielibyście
powiedzieć? Nie? To Wam tego zazdroszczę.
Są chwile, kiedy mam ochotę wykrzyczeć wręcz wszystko,
co mi leży na sercu, ale nie powiem tego, bo nie chce nikogo zranić. To
strasznie mnie dusi od środka i czasem już ledwo się powstrzymuje. Niby jestem
szczera i staram się być taka, ale czasem po prostu gryzę się w język i
milczę by nie powiedzieć czegoś, czego bym mogła potem żałować. Zazwyczaj
jestem bardzo wyrozumiałą osobą i zawsze staram się postawić na czyimś miejscu
by wiedzieć, jak ten ktoś się czuję, ale ponieważ jestem tylko człowiekiem to
czasem szlag mnie trafia. Tak bardzo chciałabym sprawiedliwości i pokoju na
świecie a nie potrafię nieraz sobie poradzić z niektórymi sytuacjami. Mam
uprzejmość już w genach, co czasem strasznie utrudnia mi życie, ale jak to
kobieta, która wychowała się na oglądaniu filmów z przemocą potrafię być też
nieprzyjemna. A wszystko zależy od mojego nastroju.
Już nieraz moje nerwy zostały poddane ciężkiej próbie
i wytrzymałości. Choć obecnie już bardziej panuje nad swoimi emocjami to wciąż
mam problemy z wyrażeniem własnej siebie i powiedzeniem tego, co naprawdę myślę
o czymś lub o kimś. Bycie zamkniętym w sobie i nieśmiałym człowiekiem ogranicza
normalne funkcjonowanie a w dodatku bycie dobrze wychowanym dzieckiem, z którym
nikt nie liczył się też niczego nie ułatwia. A zwłaszcza w tych czasach.
Jednak wolałabym wrócić do bycia szczerym dla bliskich
osób. Niektórzy nie mają z tym problemu by wygarnąć komuś, co im się w kimś nie
podoba i ranią tą bliską osobę. Ja nie lubię sprawiać komuś, kogo dobrze znam,
przykrości, bo mam jeszcze sumienie, które znika, jeśli chodzi o inne
chamskie i wredne osoby. Uprzejmość zostawiam dla tych, co są mili do mojej
osoby. Tak bardzo nie chce sprawić komuś bólu, którego i tak ma już wiele,
ale z drugiej strony chciałoby się potrząsnąć i powiedzieć: „Weź się w
garść!!”. Każdy ma problemy, każdy ma kompleksy i choć komuś się wydaje, że
jego życie to jedno wielkie dno to jednak nie są sami na tym świecie. Są inni,
którzy również potrzebują nawet tej zwykłej rozmowy.
Wiecie, nie cierpię jak ktoś wiecznie się użala nad
sobą albo marudzi na wszystko. I tak jest źle i tak jest niedobrze. Dlaczego
niektórzy nie potrafią docenić tego, co mają? Korzystać z tego, co jest
dostępne w zasięgu ręki? Wymagają coraz więcej, mimo iż powinni w ogóle cieszyć
się z tego, co mają. Nic nie będzie wystarczające. Zawsze będzie ktoś marudził
i uskarżał się na coś.
Czasem brak mi odwagi by spojrzeć komuś w oczy i
bezczelnie powiedzieć, żeby się odpieprzył, bo sam nie jest idealny i też jest
winny. Nie cierpię jak każde zło jest zwalane na mnie. Umiem przyznać się do
błędu, wiem, kiedy postąpiłam niesłusznie, ale czy zawsze muszę być oskarżana o
najgorsze zło na tym świecie? Czy niektórzy widza tylko czubek swojego nosa i
zamiast spojrzeć na siebie, przeanalizować swoje zachowanie, obwiniają za
wszystko tą jedną osobę?
Wiecie, są dwa typy ludzi. Tacy, którzy reagują od
razu i wyrzucają z siebie natychmiast, kiedy coś im się nie podoba. I są
też tacy, którzy duszą w sobie emocje przez bardzo długi czas aż przychodzi
pewien moment, gdzie nie wytrzymują i za jednym zamachem mówią wszystko, co
leżało im na sercu. Osobiście uważam, że ten drugi typ jest gorszy. Dlaczego?
Bo trzymanie w sobie złych emocji przez długi okres potęguje cierpienie
człowieka a jak w końcu wykrzyczy wszystko z siebie to, to jest dopiero potężna
dawka. Wtedy z ust takiego człowieka wychodzi najwięcej tych przykrych słów,
które trzymał od tak wielu dni/tygodni/miesięcy a nawet lat. Co tu więcej
mówić…to jest niezdrowe. Psychika takiej osoby jest zszargana i skoro tyle
czasu gryzł się w język to musi być bardzo cierpliwy.
Nikt nie jest idealny, każdy popełnia błędy, ale nie
można wytykać tylko tej drugiej osobie te pomyłki, jakie zrobił. Trzeba nauczyć
się spoglądać na siebie samego i zastanowić się, czy my postąpiliśmy słusznie
nim oskarżyliśmy kogoś o coś a potem mamy do niego/niej pretensje.
Wybaczcie. Może jest trochę chaotycznie, ale jestem
tylko człowiekiem, który myśli w jednej sekundzie o wielu innych rzeczach.
Czasem puszczają mi nerwy, brak mi cierpliwości i krew mnie zalewa, gdy wciąż
ktoś ma pretensje do mnie o coś, a siebie uważa za kogoś idealnego. Chciałoby
się powiedzieć ‘dość!’, ale łączące rzeczy, gdzie musimy tą osobę często
widywać, choćby nawet przypadkowo sprawia, że się człowiek hamuje.
No…przynajmniej w moim przypadku. Oczywiście tu nie chodzi o kogoś, kto jest mi
zupełnie obcy i nie łączy jakakolwiek bliższa więź. Takie osoby mam gdzieś i
mogę im powiedzieć szczerze, co o nich myślę.
A Wy jak macie? Potraficie się otworzyć i powiedzieć
nawet te przykre słowa do bardzo bliskiej Wam osobie?